Czy kultura się otworzy?

Do poniedziałku piątego lutego można konsultować „Projekt założeń projektu ustawy o otwartych zasobach publicznych” który dotyczy nauki, edukacji i kultury. Jak pisze Piotr VaGla Waglowski: „Jeśli nie weźmiecie udziału w konsultacjach wspierając lub krytykując zaproponowane rozwiązania i koncepcje – ktoś inny na pewno w takich konsultacjach weźmie udział i będzie proponował i wspierał rozwiązania, które mogą wam się nie spodobać.” No to wziąłem.

Ustawa może mieć doniosłe konsekwencje dla kultury. W projekcie czytamy: „Przede wszystkim należy zapewnić dostęp do publicznych zasobów tworzonych przez pracowników publicznych instytucji kulturowych określonych w ustawie o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej, oraz zasobów finansowanych publicznie z programów Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego lub poprzez państwowe i samorządowe instytucje kultury. W tym zbiorze należy dążyć do implementacji zasad dostępu w pełnej opcji.”

Pełna opcja oznacza „udostępnienie zasobów publicznych na wolnej licencji (…), swobodne zwielokrotnianie, rozpowszechnianie, sublicencjonowanie oraz modyfikowanie zasobów (wykonywanie praw zależnych) niezależnie od profilu korzystającego, a także niezależnie od celów, jakim czynności te mają posłużyć.”

Zasoby finansowane publicznie to na przykład dramat napisany na zamówienia teatru, zakupione/wykonane na zamówienie galerii dzieło sztuki (film, fotografia),  książki i płyty powstałe dzięki stypendiom i grantom przyznawanym przez samorządy. Próbuję sobie wyobrazić teatr, który podpisuje umowę z autorem (pełne przeniesienie praw). Dramat zostaje opublikowany w sieci na wolnej licencji. Powstają swobodne adaptacje tekstu, niezwiązane z teatrem wydawnictwo publikuje tekst i zaczyna sprzedawać. Dzieje się wiele rzeczy nad którymi autor i teatr nie mają kontroli, z których nie czerpią korzyści. Próbuję, ale przychodzi mi to z trudem, podobnie jak w przypadku wideo artu, płyt, książek, zdjęć…

Nie dlatego, że jestem przeciwnikiem pełnej otwartości zasobów publicznych w kulturze. Mam tylko świadomość, że ewentualne wprowadzenie takiej ustawy bez jednoczesnych systemowych zmian w kulturze przynieść może więcej szkód, niż pożytków i skompromitować w środowisku ludzi kultury samą ideę otwartości. Dlaczego instytucje miałyby z entuzjazmem brać się do uwalniania zasobów, skoro jednocześnie poddane są presji „zarabiania” na swojej działalności? Czy będzie można zapłacić więcej artyście, gdy zawarta z nim umowa pozwoli na późniejsze udostępnienie dzieła w „pełnej opcji”.

Bez dodatkowych działań, programów, być może zmian w innych dotyczących kultury aktach prawnych trudno będzie mówić o udanym otwieraniu zasobów publicznych. Zobligowanie bez zmotywowania nie wystarczy. (Warto w kontekście projektu ustawy wrócić do tekstu Mirosława Filiciaka „Kultura niewolna od konfliktów.„)

Przywołany wcześniej Vagla pisząc o finansowaniu ze środków publicznych brutalnie konstatuje: „nie powinno nikogo niepokoić, że [Państwo] dając na coś kasę oczekiwać będzie, że efekt takiej pracy będzie następnie powszechnie i bez dalszych ograniczeń wykorzystywany publicznie.” Mam wrażenie, że artystów to jednak zaniepokoi.

Zdaje się, że autorzy „projektu założeń do projektu” (nie wiem jak Wy, ja bardzo lubię biurokratyczny slang) przewidzieli te trudności, ale znaleźli dla nich niezbyt dobre rozwiązanie. W dziedzinie kultury przewidziano tak wiele możliwości odstąpienia od pełnej otwartości i taką łatwość uzasadnienia wyjątków, że „pełna opcja” prawdopodobnie będzie rzadkością i efektem dobrej woli pracowników instytucji kultury i artystów.

Decyzję o wyłączeniu stosowania przepisów ustawy będzie można podjąć np. w oparciu o przesłanki ekonomiczne (s. 8 projektu). Załóżmy, że instytucja ma pełne prawa do fotografii wykonanej przez uznanego artystę. Co będzie bardziej „ekonomiczne” dla instytucji: zachowanie wyłączności i sprzedawanie reprodukcji dzieła, czy jego udostępnienie na zasadzie pełnej otwartości? Odpowiedź z punktu widzenia instytucji jest prosta, z perspektywy celów ustawy już taka prosta nie jest. Pomijając kwestię dostępności dzieła dla odbiorców można przecież mówić o takich „przesłankach ekonomicznych”, które przemawiają za otwarciem dzieła. Otwarcie daje szansę  np. na sprzedaż, nie przez instytucję,  gadżetów (toreb, kubków itp.) wykorzystujących reprodukcje dzieła. Czy to źle? A co jest złego w rozwoju małej lokalnej przedsiębiorczości?

Na zakończenie zwrócę uwagę na fragment dokumentu, który nie wiedzieć czemu kojarzy mi się jednym ze zdań z „Folwarku zwierzęcego”. Po obszernym opisie, kiedy należy w dziedzinie kultury stosować „pełną opcję” pada kategoryczne: „najbardziej konserwatywne reguły (dostępność na zasadach otwartego dostępu lub długi okres embargo) powinny dotyczyć takich zasobów o znacznej wartości komercyjnej jak bieżące produkcje mediów publicznych czy filmy dofinansowywane przez Polski Instytut Sztuki Filmowej” (s. 20 projektu). Nie wiem co czyni produkcje mediów publicznych oraz filmy tak uprzywilejowanymi. Nie rozumiem też co oznacza „znaczna wartość komercyjna” finansowanych publicznie zasobów kultury (wartość dla kogo?). Pomóżcie proszę i wyjaśnijcie mi to, ale wcześniej skonsultujcie dokument, bo „ktoś inny na pewno w takich konsultacjach weźmie udział i będzie proponował i wspierał rozwiązania, które mogą wam się nie spodobać.”