Czy nie przeceniamy znaczenia kultury uczestnictwa?

Właśnie ukazała się publikacja „Edukacja kulturalna i medialna. Nowe trendy i wyzwania.” przygotowana przez Grzegorza Stunżę (Edukator Medialny) i wydana przez Instytut Kultury Miejskiej. Polecam zamieszczone w niej rozmowy (m.in. o grywalizacji i wizualizacji danych) oraz artykuły. Miałem przyjemność napisać krótki tekst do działu „Komentarze” i dzięki zadanym przez Grzegorza pytaniom uporządkować kilka myśli, które od pewnego czasu nie dają mi spokoju.

Tekst wrzucam na blogu, ponieważ bardzo mnie interesuje, co Wy o tym sądzicie? Podzielacie te wątpliwości? Mylę się? Chętnie poznam Wasze zdanie. Z przyjemnością przyjmę też brutalny, dobrze uargumentowany, atak na postawione tezy, bo to zawsze pomaga w lepszym sformułowaniu swojego stanowiska lub… jego zmianie.

Poniżej część komentarza, w której staram się odpowiedzieć na pytania: Czy warto jeszcze mówić o kulturze uczestnictwa, promować określone postawy odbiorców kultury, wyposażać ich w narzędzia i umiejętności korzystania z kultury? Czy potrzebna nam jeszcze określona polityka kulturalna?

—–

O kulturze uczestnictwa mówić warto, ale zastanawiam się nad tym, czy nie przeceniamy jej znaczenia. Mocne akcentowanie twórczego korzystania z kultury może odsuwać na dalszy plan inne sposoby uczestnictwa, które nie wiążą się z podejmowaniem własnej aktywności twórczej. Na przykład refleksyjne, emocjonalne obcowanie z dziełem sztuki. Nie trzeba od razu tworzyć własnego remiksu, żeby odnieść treść obejrzanego filmu do własnej sytuacji życiowej. Wysiłek włożony w nadanie dziełu osobistego znaczenia jest z pewnością bardzo duży i w większości przypadków wystarczający. Jeżeli się na to zgodzimy, to nie musimy traktować kultury uczestnictwa jako ideału, do którego należy dążyć, żeby zastąpić nim mniej twórcze formy korzystania z kultury.

Dlatego nie czuję rozczarowania, gdy czytam o wynikach najnowszych badań, które wskazują, że niewielu użytkowników sieci tworzy w niej treści. Być może od początku oczekiwanie, że kultura uczestnictwa może stać się powszechnym zjawiskiem było nierealistyczne. I to niezależnie od tego, czy mówimy o twórczości w Internecie, czy poza nim. Patrząc nie tylko na kontekst kultury uczestnictwa: być może idea, że każdy może być, a nawet już jest, artystą od początku była utopijna lub opierała się na nadmiernym rozciągnięciu znaczenia terminu artysta. Znaczenie każdego terminu da się rozszerzyć. Wtedy zgoda – każdy jest artystą w tym sensie, że uprawia sztukę życia i twórczo podchodzi do porannego picia kawy. To działa na wyobraźnię, ale gdy termin zaczyna znaczyć zbyt wiele, istnieje ryzyko, że przestanie znaczyć cokolwiek.

Jeszcze jeden wymiar kontaktu z kulturą umyka nam, gdy stawiamy za ideał kulturę uczestnictwa. Ta jest z istoty wspólnotowa, a przecież jest jeszcze indywidualne obcowanie z twórczością. Już nie tylko nie muszę pisać wierszy, żeby mieć satysfakcjonujący kontakt z poezją. Nie muszę także zapisywać się do poetyckiego kółka dyskusyjnego, żeby dzięki lekturze tomów poetyckich mieć wartościowe przeżycia i przemyślenia.

Prawdopodobnie te sposoby uczestnictwa w kulturze (nadawanie osobistego znaczenia, indywidualny kontakt z dziełem) schodzą na dalszy plan, szczególnie w refleksji nauk społecznych, bo trudniej je zaobserwować, zmierzyć. Łatwiej policzyć ile osób regularnie prowadzi blog, niż dowiedzieć się, ilu czytelników blogów czyta teksty w sposób pogłębiony, refleksyjny. Prościej zbadać fandom serialu niż sprawdzić, na ile szeroka publiczność traktuje opowiadane w serialu historie jako punkt odniesienia dla sytuacji życiowych. Jesteśmy w stanie policzyć, ile osób było na spektaklu, ale już wiedza o tym, jak spektakl wpłynął na widzów, czy ich poruszył, jest trudna do zdobycia.

Piszę o “odnoszeniu do swojego życia” bo taką między innymi funkcję pełni moim zdaniem kultura. Czy to będzie dzieło popkultury, czy kultury wysokiej, dla odbiorcy może stać się materiałem do przemyśleń, ułatwiać zrozumienie, przeżycie zdarzeń z własnego życia.

Wprowadzenie wątku korzyści z uczestnictwa w kulturze ułatwia odpowiedź na pytanie, czy warto wyposażać odbiorców w narzędzia i umiejętności korzystania z kultury i promować określone postawy. Tak, ze względu na to, że kultura pomaga w tworzeniu dobrego społeczeństwa i dobrego życia. Przywołuję kategorie, które zazwyczaj nie pojawiają się w dyskusjach o polityce kulturalnej. Uważam, że bez wejścia na ten poziom dyskusji nie jest możliwe fundamentalne uzasadnienie potrzeby prowadzenia polityki kulturalnej. Takie postawienie problemu przenosi ciężar dyskusji na ustalenie, co to znaczy „dobre społeczeństwo” i „dobre życie”. W konsekwencji wiąże się z uzasadnieniem prowadzenia polityki publicznej w ogóle. Wiem, ale bez określenia roli kultury w życiu jednostki i społeczeństwa, uzasadnienie polityki kulturalnej będzie opierało się na wątłych teoretycznie podstawach, a to przydatności w zwiększaniu PKB, czy promowaniu miast, a to roli we wzmacnianiu kapitału społecznego.

Podkreślam wymiar zbiorowy i indywidualny uczestnictwa w kulturze, ze wskazaniem, że ten drugi w refleksji ostatnio zaniedbujemy. Więcej mówi się o tym, jak kultura służy tworzeniu i wzmacnianiu relacji, preferuje się takie jej formy, które sprzyjają byciu razem. Mniej jest miejsca na docenienie roli kultury w konstytuowaniu się osoby. Chciałem w pierwszym odruchu napisać „w rozwoju osoby”, ale zamieniłem „rozwój” na niezbyt dobrze brzmiące, za to bardziej adekwatne, „konstytuowanie”. Do takiej ostrożności skłoniła mnie między innymi słuszna uwaga Marka Krajewskiego o fetyszyzacji zmiany (a więc również rozwoju) w rozmowach o kulturze. „Zmiana sama w sobie nie jest zła, ani dobra, podobnie, jak status quo. Problem polega na tym, że fetyszyzujemy zmianę, bo utożsamiamy ją wyłącznie z tym, co witalne, żywe, progresywne, nowoczesne.” – mówi Krajewski.