Czy sieciowy flaneryzm jest możliwy?

Idę do biblioteki. Niewielkiej filii. Nie mam pojęcia z jakim zestawem książek wyjdę za kilkanaście minut. Minut spędzonych na niezobowiązującym spacerze między półkami, przeglądaniem ich zawartości, od kryminałów, przez literaturę piękną (w klasycznym podziale na polską i obcą) po reportaż i to, co akurat zwróci moją uwagę. Po drodze science-fiction, ale tam już wszystko co miałem przeczytać – przeczytałem, sprawdzam tylko czy nie pojawiło się coś nowego. Spaceruję po całej bibliotece, ale przecież i tak moje ulubione półki to nowości i zwroty. Zwroty najbardziej. Dlaczego?

Nie jestem pewien. Zastanawiam się od pewnego czasu, z jakiego powodu od dobrych kilku lat odwiedzam to miejsce. Książki na których bardzo mi zależy kupuję. Do biblioteki głównej, z pewnością lepiej zaopatrzonej, mam równie blisko. Zawsze mogę pożyczyć od znajomych sprawdzone przez nich pozycje. Może lubię pogawędzić z bibliotekarkami (zresztą przesympatycznymi)? Napić się kawy (jest ekspres) i pogawędzić? Nie w moim przypadku.

Może to sentyment? Sama wizyta w bibliotece jako doznanie. Drewniane regały pełne książek, ich zapach, ważenie ciężaru w dłoni, miękkie światło padające na grzbiety, szeregi grzbietów… Nie martwcie się, nie zacznę pisać na Widowni w taki sposób, ale przyznaję, w moich wizytach w bibliotece jest coś z książkowego flaneryzmu.

Zaczynam jednak rozumieć, że to nie sama potrzeba wałęsania się między półkami ciągnie mnie do biblioteki. To szansa na przeczytanie nowych dla mnie książek. Nie poleconych przez znajomych, nie rekomendowanych przez autorytety (stare: krytyków, czy nowe: blogerów-krytyków), nawet nie okupujących rankingi bestselerów. Niekoniecznie nowości wydawniczych. Czasem kryterium jest tytuł, a czasem kolor okładki lub przypadkowe skojarzenie lub tak jakoś wystawała i po nią sięgnąłem. Zależy od dnia, od nastroju, od tego co akurat stoi na półkach. Żadnej prawidłowości, algorytmu i nie ma na to apki.

Tak dochodzę do sedna. Chodzę do biblioteki bo możliwość obcowania z czymś Nowym w kulturze staje się dobrem rzadkim. W sieci trafię na to co polecają mi znajomi albo co podsuwa mi usłużny algorytm (klienci, którzy kupili tę książkę kupili również… itd.). Miejsca na przypadek, na bezcelowe wałęsanie się po sieci jest coraz mniej (zastanówcie się przez chwilę, w jaki sposób trafiacie w nowe dla Was strony internetowe?). Wszystko się personalizuje, nawet wyniki wyszukiwania. Sieciowe filtry minimalizują szanse na zetknięcie się z czymś naprawdę Nowym. Czego nie da się powiedzieć o mojej Filii nr 13, której pozostanę wierny. Szukam tylko sposobu na to, żeby być flaneurem także w sieci.

Wychodzę z biblioteki z trzema książkami, bardzo różnymi, nieracjonalnie i przypadkowo wybranymi. Czyli na pewno trafnie.