Dobre rady cioci widowni

Wpis 13 porad dla artystów z bloga Black Dresses Moniki Kamińskiej czytam jak felieton, a z felietonem trudno polemizować punkt po punkcie. Nie ma też większego sensu traktować tej formy publicystyki  jako wykładni stanowiska, czy wyczerpującego przedstawienia tematu.

Można za to uznać, że tekst jest świadectwem rozminięcia oczekiwań twórców i publiczności wobec teatru. Jako oznaka tego zjawiska zasługuje na uwagę większą niż zwykły felieton. Kamińska apeluje “Drodzy artyści, pomyślcie więc czasem też o widzach. Nie tylko o swojej misji, wizji reżysera i zbawieniu świata. My naprawdę wolimy poprawny spektakl w kostiumach niż kolejny eksperyment, który jest kopią eksperymentu sprzed roku, a tamten znowu kopiował coś przed dwóch lat.”

Taki “głos z widowni” wzbogaca, trwającą w środowisku teatralnym od wielu lat, dyskusję o teatrze młodym i starym, zaangażowanym i mieszczańskim, awangardowym i tradycyjnym, poszukującym i zachowawczym itd.

Dyskutowali jak dotąd krytycy, twórcy teatralni, ale widzowie nie mieli wielu możliwości publicznego zabierania głosu. Nie ma przeszkód, żeby w dalszej debacie brały udział trzy strony: krytycy, twórcy, odbiorcy.

Opinia autorki (nie odosobniona, sądząc po komentarzach pod jej wpisem) komplikuje też dość prostą linię podziału, gdzie przeciwnikami teatru eksperymentalnego są tradycjonaliści, obyczajowi konserwatyści, osoby, które nie rozumieją współczesnego świata. Okazuje się, że na przykład nadmiar nagości i wulgaryzmów może nie podobać się także widzom nowoczesnym, młodym, dobrze wykształconym, aktywnym kulturalnie i kompetentnym. Nie wszyscy przeciwnicy awangardy (“przeciwnicy” trochę na wyrost) noszą moherowe berety.

Rozminięcie oczekiwań twórców i publiczności wobec teatru nie dotyczy tylko estetyki. Nie chodzi też wyłącznie o słabe przedstawienia. Problem jest bardziej fundamentalny, a jego istotę uchwycił Maciej Nowak. Fragment artykułu “Dwa teatry” z Krytyki Politycznej z 2007 roku bardzo dobrze współbrzmi z tekstem Moniki Kamińskiej, w pewnym sensie wyjaśnia, czemu teatr zawodzi wielu widzów:

“Bo – trzeba w końcu zakwestionować jeden z najtrwalszych stereotypów teatralnego dyskursu – publiczność, zjawisko z katalogu pojęć konsumencko-klientelistycznych, nie jest głównym odniesieniem dla teatralnej pracy. Dzieje się tak jedynie w przypadku teatrów komercyjnych, gdzie publiczność kupuje sobie przyjemność. W teatrach publicznych sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Mimo iż również tutaj widzowie zostawiają pieniądze w kasie biletowej, to wpływy te stanowią zaledwie margines wpływów. Podstawowe środki na utrzymanie zespoły zajmujące się teatrem artystycznym uzyskują ze źródeł budżetowych. I dlatego elementarny poziom lojalności obowiązuje artystów teatru nie wobec publiczności, lecz społeczeństwa. A zatem wypełnianie przez teatr misji społecznej, uczestnictwo w debacie publicznej, poczucie odpowiedzialności za społeczność, w której pracuje, wydają się istotniejsze niż uganianie się za konwencjonalnymi zazwyczaj oczekiwaniami publiczności.”

Kłopot w tym, że na widowni siedzi publiczność, nie społeczeństwo.