Kwestionuj wszystko. Od czasu do czasu

„A jeśli marketing nie ma sensu?”. Clickbaitowy tytuł wpisu, prawda? Ale przede wszystkim, z powagą zadane pytanie. Jeśli tak, to pewnie się zastanawiasz: Co mi się stało? No właśnie. Od lat zajmuję się promocją kultury, napisałem o tym książkę, mam swój udział w konferencji Marketing w kulturze. I teraz co? Przeczytałem publikację Anny Gizy o społecznej historii marketingu i rzucę wszystko, czym się dotąd zajmowałem? Czy może nadal będę pracował nie widząc sensu swojej pracy? (Ale koszmar).

To nie tak. Kwestionowanie przekonań to dla mnie standardowy sposób funkcjonowania, ale pewnie winny jestem Tobie kilka zdań wyjaśnień, jak to w moim przypadku działa. Lubię atakować swoje przekonania, bo ta batalia zawsze prowadzi do wygranej. Co może się stać, gdy poddam w wątpliwość to, w co wierzę? Co się wydarzy, gdy znajdę dobre argumenty przeciw mojej tezie?

Sprecyzuję

Po pierwsze, klaryfikacja. Kiedy bronisz swoich, zakwestionowanych, poglądów, zaczynasz lepiej rozumieć, co właściwie masz na myśli. Dzięki temu lepiej wyrażasz swoje poglądy. Precyzyjniej.

I już sama klaryfikacja jest drogą do rozwiązania wielu pozornych, jak się potem okazuje, sporów. Bo nie było różnicy zdań, były odmienne rozumienia terminu. Albo odróżnienie różnych aspektów zagadnienia nie było wystarczająco klarowne. Nie mówię, że różnice i spór nie istnieją. Mówię, że występują rzadziej, niż nam się wydaje.

Ile energii i czasu da się zyskać dzięki ujaśnianiu! Pomyśl o tych wszystkich debatach, panelach dyskusyjnych o kulturze, gdzie wiele czasu i energii poświęcono prowadzeniu sporu, który był prawdopodobnie bezprzedmiotowy. „Kultura może przyczyniać się do rozwoju społecznego”. „Nie, kultura nie może przyczyniać się do rozwoju społecznego!”. Pozwólcie, że Was pogodzę. Kultura rozumiana w sposób taki a taki może. A w ten i inny nie może. Lub inaczej. Pod tymi względami może, a po tamtymi już nie. Ale kto by tracił czas na uzgadnianie pojęć. Lepiej oddać się emocjonującej i efektownej dyskusji. To jest widowiskowe.

Uzasadnię

Więc po pierwsze, klaryfikacja. A po drugie: uzasadnienie.

Kwestionując swoje poglądy, dajesz sobie szansę na lepsze ich uzasadnienie. To sprawi, że przekonanie będzie lepiej ugruntowane. Może tak się stać dzięki znalezieniu nowego argumentu albo przez lepsze sformułowanie tych argumentów, które już znasz. Czyli znowu klaryfikacja, ale teraz odniesiona do samych argumentów, a nie pojęć, czy ogólnie stanowiska.

Lepsze uzasadnienie daje większą pewność. Że wybrana droga jest słuszna. Widzę coraz jaśniej, że marketing, szczególnie ten stosowany przez wielkie firmy, jest społecznie szkodliwy. Tym bardziej będę używał niektórych metod i narzędzi marketingu, żeby wykorzystać kulturę jako, postulowaną przez Annę Gizę w książce „Uczeń czarnoksiężnika”, przeciwwagę dla marketingowej wizji człowieka i społeczeństwa. Zyskałem nowy argument i nową motywację.

Zmienię

A po trzecie zmiana. Trzeba się tym liczyć. Poważnie. Może się przecież zdarzyć tak, że zmienię poglądy. Że się myliłem. Jest inaczej niż myślałem. Tego typu otwartość nie przychodzi łatwo. To raczej umiejętność, która trzeba ćwiczyć. Ale tak, liczę się z tym, że marketing (w kulturze) nie ma sensu. Pozostanie wtedy rzucić wszystko i wyjechać na Kaszuby hodować Alpaki. (Bo ile można Bieszczady i owce).

Ograniczenia

Czy kwestionowanie bywa męczące? Bardzo. Dlatego jest to czynność, nad którą należy panować i oddawać się jej od czasu do czasu. Co nie zawsze mi się udaje. Czasami to dzieje się tak szybko, że stawiając tezę i szukając dla niej argumentów, od razu znajduję kontrargumenty. Całkiem mocne. I słabe strony tezy. I czuję, jak nieprecyzyjne jest stanowisko. Dlatego tak mało piszę.

Czy kwestionowanie można stosować uniwersalnie? Do różnych typów przekonań tak. Politycznych, religijnych. Ale z uniwersalnością stosowania bym nie przesadzał. Stosować można, do przekonań, ale żyć w ten sposób nie można. Na przykład nie wystawiłbym na próbę relacji międzyludzkiej tylko po to, żeby sprawdzić jej wytrzymałość.

Czy świadome kwestionowanie własnych przekonań osłabia? Chciałbym napisać, że nie. Ale muszę napisać, że pod pewnymi względami tak. Osłabia. Na przykład, gdy weźmiesz udział w dyskusji, której format wymusza wyrazistość, forsowanie własnego zdania (a prawie każdy format dyskusji to wymusza), to – kwestionując swojej przekonania, wyrażając wątpliwości – przegrasz. Niestety, nasze życie intelektualne jest przesiąknięte nieuświadomionym militaryzmem, wojenną metaforyką. Polemizujemy. Niełatwo z tym walczyć, przezwyciężyć (no właśnie, „walczyć” i „przezwyciężyć”).

Ale to jest koszt, który warto ponieść. Dla zyskania nowych perspektyw. Dla lepszego zrozumienia, uzasadnienia, dla zmiany przekonań na bliższe rzeczywistości. Dla bardziej świadomego posiadania poglądów. A nie bycia posiadanym przez poglądy.

To jak, co nas nie zabije to nas wzmocni? Na pewno? Tak. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Nie licząc tego, co nas nie zabije i nie wzmocni. I tego co nas nie zabije, nie wzmocni, i zaszkodzi. I tego…

Komentarze zamknięte.