Promocja czytelnictwa? Wątpię

Na blogu Książki na ostro ukazał się ostry tekst o festiwalach literackich i promocji czytelnictwa. Dobrze, bo wokół „promocji czytelnictwa” jest tyle zamieszania, że trzeba o tym dyskutować, i to stanowczo. Od dawna sobie obiecuję, że się za to wezmę na Widowni, ale temat przytłacza tak bardzo, że pozostaję na etapie snucia ambitnych planów. Chcę na przykład wypisać z książki „Szwecja czyta. Polska czyta” wszystkie podawane tam wyjaśnienia, dlaczego Szwecja czyta, a Polska raczej nie czyta. I przyjrzeć się mocy tych wyjaśnień. Dużo pracy, ale podobno jak się publicznie wyrazi jakieś postanowienie, to łatwiej je dotrzymać. Podobno.

Wracając do wpisu „Święto literatury? Coraz bardziej wątpię”, tu zadanie będzie łatwiejsze. Podzielę się kilkoma szybkimi komentarzami do wybranych stwierdzeń autorki (która, nawiasem mówiąc, skradła moje serce czyniąc osią tekstu ponumerowaną listę tez). Paulina Małochleb pisze:

Święto festiwalowe zawsze musi kręcić się wokół jakiegoś problemu, a zatem najczęściej wybiera się książki ważne społecznie, poruszające „palącą kwestię”, „łamiące tabu” – zatem temat określa wartość. Dyskusja dotyczy książek ważnych, a nie książek dobrych.

To jest interesujący motyw, bardzo podobny do dyskusji, które toczy się w środowisku teatralnym. Rozumiem zmęczenie festiwalami tematycznymi, niezależnie od dziedziny, gdzie czasem na siłę podciąga się spektakle/dzieła sztuki/książki pod temat przewodni wydarzenia. Jest to proceder szczególnie widoczny w sztukach wizualnych, rządzonych koncepcjami kuratorskimi. Zmęczenie rozumiem, sam jestem zmęczony, bo przecież sztuka może być tak po prostu, o niczym, albo o tym, co zawsze. Nie musi być o kryzysie migracyjnym, może być o poszukiwaniu sensu życia (ale oklepany temat!) i tak dalej. Ale niepokoi mnie próba przeciwstawiania tego, co „dobre”, temu, co „ważne”. Ważne społecznie, aktualne, kontrowersyjne. Pewnie, że to wyostrzenie na potrzeby dyskusji, mimo to, zawiera sugestię, że bardziej wartościowa jest sztuka/literatura, która nie jest aktualna, jest „ponadczasowa”. Tylko, że to, co teraz – z perspektywy naszych czasów i ustalonych kanonów – uznajemy za ponadczasowe, „po prostu dobre”, kiedyś było aktualne, dotykało ważnych społecznie, palących kwestii. Więc może warto, żebyśmy teraz skupili się własnie na takiej literaturze, nie przesądzając, czy jest dobra, czy niekoniecznie. Zostawmy to potomnym. W końcu to oni napiszą historię. Zresztą, może się okazać, że uznają na przykład internetowe memy za istotną dziedzinę twórczości naszych czasów. Takie fraszki XXI wieku.

Lifestyle zastąpił czytanie – trzeba się na festiwalu pokazać (przy czym reguła ta dotyczy zarówno odbiorców, jak i autorów – część z nich nie otrzymuje wynagrodzenia za udział w spotkaniach). Nieważne zatem, jak czytasz, ale gdzie czytasz, z kim gadasz, z kim masz zdjęcie.

Pytanie, czy lifestyle zastąpił, czy towarzyszy czytaniu? I czy kiedyś było inaczej? W kawiarniach literackich też było ważne kto, gdzie, z kim. Mam trudność z wyobrażeniem sobie festiwalu, który nie ma w sobie elementów „pokazywania się” i czystej towarzyskości. Jak miałoby wyglądać idealne „święto literatury”? Szukając idealnego obrazu przechodzimy do sedna, czyli do pytania, po co są festiwale? Tym bardziej literackie, skoro czytanie to jeden z najbardziej zindywidualizowanych sposobów uczestnictwa w kulturze. Szukałbym tutaj podobieństw do zlotów miłośników seriali, czy miłośników fantastyki. W moim odczuciu spotykają się po to, żeby poczuć, że „nie są sami”, by przebywać w towarzystwie „podobnych do siebie”. Takie wydarzenia są z definicji dla heavy userów, dla osób bardzo zaangażowanych. Z istoty są więc niszowe. Nawet jeśli pojawiają się tam tłumy, tak jak na przykład na imprezach gamingowych. To są zaangażowani gracze, nie okazjonalni, casualowi użytkownicy.  Jeśli tak działają festiwale, to dość trudno wyobrazić sobie, w jaki sposób festiwale literackie mogą promować literaturę. Chyba, że w sensie nadawania rozgłosu medialnego lub (bardziej sensowny pomysł) zdobywania nowych zaangażowanych na zasadzie „nie byłam przekonana, ale znajoma mnie namówiła, żebym z nią poszła, spodobało mi się i tak już zostało”. Czyli, festiwal literacki jako wydarzenie niszowe, nawet gdy przyjdzie 1000 osób, w tym sensie, że trafia do już zaangażowanych, dla których w trakcie samego wydarzenia ważniejsze od czytania jest spotkanie.

Im więcej uwagi poświęcamy promocji czytelnictwa, tym mniej wartości przywiązujemy do jakości literatury. W pogoni za masowym odbiorcą, z pragnieniem otworzenie drzwi literatury dla wszystkich, coś tracimy. Nie chodzi tu o snobistyczną postawę zamknięcia – ale o proste dostrzeżenie, że gdy przygotowuje się ofertę przyciągającą jak najszersze grono, traci się na wartości.

Tu się specjalnie nie czepiam, bo zakładam, że to skrót myślowy. Ale z obowiązku (a zajmowanie się promocją kultury zobowiązuje) zaznaczam, że ta zależność nie jest konieczna. Korzystanie z narzędzi promocji nie wiąże się koniecznie z obniżaniem jakości tego, co promujemy. Chyba, że tworzymy coś od początku jako produkt, który ma zaspokoić potrzeby jak największej liczby odbiorców. Ale czy i wtedy koniecznie „traci się na wartości”? A może właśnie „zyskuje na różnorodności”? A zmieniając perspektywę, każdy kto intensywnie czyta, jest w mniejszości, należy do niszy. Więc to „najszersze grono”, to jest i tak wąska grupa. Wiadomo, że jak widzimy w jednym miejscu 100 albo 1000 osób, to mamy wrażenie, że to tłumy i, że „Polacy jednak czytają”. No, ale, statystyka…

Zresztą może w tej obserwacji chodzi o kwestię czysto organizacyjną. Czy lepiej robić wąskie, wyspecjalizowane festiwale, czy też łączyć różne wątki i iść szeroko? O tym to bym chętnie porozmawiał, bo nie wiem. Na rynku muzycznym mamy wielkopowierzchniowe sklepy wielobranżowe – Opener, duże sklepy specjalistyczne – Tauron i małe specjalistyczne sklepiki, gdzie jesteś na Ty z właścicielem – Bass Camp. Czy podobnie jest na rynku literackim? Jaka jest korzyść z robienia dużych, wielowątkowych wydarzeń? Może nastąpi od nich odwrót, na rzecz większej specjalizacji i mniejszej skali? Sam się przyłapałem na tym, że przeglądając listę gości Festiwalu Conrada (silna marka, pierwsze skojarzenie: wysoka jakość) zastanawiałem się dłuższą chwilę, co u licha robi tam Hugh Howey? Trochę powieści fantastycznonaukowych w życiu przeczytałem i mogę ze spokojnym sumieniem stwierdzić, że jego powieść jest niezmiernie sztampowa i nużąca. Pewnie najciekawsze w jego twórczości jest to, jaki model wydawniczy z sukcesem zastosował. Świetnie, ale nadal książka sztampowa i nużąca. Tworzenie programu festiwalu to rachunek korzyści i strat. Zaprosimy kogoś popularnego, przyciągniemy nową grupę odbiorców. Ale ryzykujemy rozwodnieniem marki.

Dopóki będziemy się ekscytować ilością festiwali w Polsce, a nie będziemy kłaść nacisku na lekcje czytania dla młodzieży, zajęcia dla najmłodszych, nie zadbamy bardziej o biblioteki i kluby czytania, czytelnictwo w Polsce się nie podniesienie, a jego jakość się nie poprawi.

Tymi zdaniami kończy się tekst „Święto literatury? Coraz bardziej wątpię”. I chciałbym je nie tyle skomentować, co użyć jako ilustracji. Mam wrażenie, że w dyskusjach o czytelnictwie, czy uczestnictwie w kulturze, szuka się rozwiązania problemów w tym samym obszarze, w którym problem występuje. Ale po pierwsze, rozwiązanie może być gdzie indziej. Po drugie, zmiana kontekstu może ograniczyć skuteczność rozwiązania w tym samym obszarze, którego dotyczy problem.

Rozwiązanie może być gdzie indziej. Nie w kulturze, nie w edukacji kulturalnej. Tylko w ekonomii, o czym pisałem ostatnio. Więc może tak: „Dopóki nie zmniejszą się nierówności społeczne czytelnictwo w Polsce się nie podniesie, a jego jakość się nie poprawi”. Przykład z innej dziedziny, ale na przykład w raportach domów maklerskich pojawiło się przypuszczenie, że program 500+ ma wpływ na wzrost frekwencji w kinach. Kino, czy książka, nie ma tak dobrze, żeby wystarczyło wskazać jedną przyczynę problemu, a potem podać jedno jego rozwiązanie. Tak jak sama edukacja nie zapewni zwiększenia uczestnictwa w kulturze, tak nie spowoduje tego tylko wzrost zamożności społeczeństwa. Ale to już inny temat, o wyjaśnieniach monokauzalnych w dyskusjach o kulturze zamierzam kiedyś napisać.

Zmiana kontekstu może ograniczyć skuteczność rozwiązania w tym samym obszarze, którego dotyczy problem. Jeżeli obraz przedstawia się tak, jak rysuje go Dominika Michalak w rozmowie ze Stanisławem Krawczykiem, to społeczny kontekst czytania zmienił się tak bardzo, że nawet najbardziej intensywny trening czytelniczy – lekcje czytania dla młodzieży, zajęcia dla najmłodszych – tego nie zmieni. „Czytanie książek przestało być zajęciem postrzeganym powszechnie jako doniosłe, twórcze, ciekawe, przynoszące korzyści lub w jakiś inny sposób atrakcyjne”. „Czytanie książek jest ważne, dopóki trwa edukacja. Przekłada się na lepsze wyniki w szkole, a w rezultacie przeważnie na lepsze wykształcenie. Dopiero potem przestaje mieć istotne znaczenie”. Nie współgra to z koncepcją „wychowania przyszłego czytelnika”.

Szkicowo skomentowałem, wiem. Ale od czego jest blog, jeśli nie od tego, żeby dzielić się szkicami. Chociaż temat promocji czytelnictwa zasługuje na więcej niż impresje. Ale przytłacza, więc nic nie obiecuję.