Są rzeczy na niebie i na ziemi, których nie da się wyrazić w 140 znakach

Czytam książkę „Twitter – sukces komunikacji w 140 znakach@ErykMistewicz. Na wstępie autor rozprawia się z mitami. W odpowiedzi na tezę „Twitter prymitywizuje obraz świata” pisze:

„Słyszę to bardzo często od ludzi, którzy Twittera nie widzieli. Słysząc o 14o znakach, myślą o tym, jak wielkie to ograniczenie dla wyrażenia całej palety barw otaczającego świata, doznań, wydarzeń.

Cóż, nieprawda. Wszystkie najważniejsze zdania, sentencje, zasady, normy, mieszczą się w 140 znakach. Od Cycerona do Martina Luthera Kinga. Proszę sprawdzić!”

Cóż, bzdura.

Już gdzieś coś podobnego słyszałem. Ali Jafari z Twittera mówił o tym na Infoshare. Efektowne slajdy ze sławnymi cytatami mieszczącymi się w 140 znakach były w porządku. W prezentacji wiceprezesa ds. sprzedaży bezpośredniej Twittera w Europie.

Od rzetelnej książki na temat mediów społecznościowych oczekuję więcej. Na różne sposoby można odpierać zarzut o prymitywizowaniu obrazu świata, ale nie trzeba w tym celu sugerować, że 140 znaków nie jest ograniczeniem dla wyrażenia myśli. Jest.

Tak, to „wielkie ograniczenie dla wyrażenia całej palety barw otaczającego świata, doznań, wydarzeń.” Zaprzeczanie temu jest szkodliwe, bo sugeruje, że krótki tekst wystarczy do czegokolwiek poza zasygnalizowaniem, podsumowaniem, tak czy inaczej, odesłaniem do obszerniejszego materiału. Zdanie może być krótkie, ale żeby zrozumieć jego sens trzeba przeczytać o wiele więcej niż 140 znaków.

Przyjmijmy nawet, że „wszystkie najważniejsze zdania, sentencje, zasady, normy mieszczą się w 140 znakach.” I co z tego?

Kant: „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”. (50 znaków).

Żeby to zdanie zrozumieć, trzeba przeczytać, nawet jeśli nie Kanta (mam dla Was litość), to chociaż rozdział z „Historii Filozofii” Tatarkiewicza. Więcej niż 140 znaków. Zresztą, to zdanie w pełnym brzmieniu nie zmieściłoby się na Twitterze: „Dwie rzeczy napełniają umysł coraz to nowym i wzmagającym się podziwem i czcią, im częściej i trwalej się nad nimi zastanawiamy: niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie.”

Wittgenstein: „Granice mego języka oznaczają granice mego świata.” (50 znaków).

Mimo, że „Tractatus logico-philosophicus” jest jednym z najbardziej zwięzłych tekstów filozoficznych w historii, to i tak sens tego cytatu pozostaje niejasny bez przeczytania całości. [Na marginesie, jeśli nie mieliście jeszcze okazji, to gorąco zachęcam do lektury Traktatu. Oszałamiający, przenikliwy, głęboki i jasny zarazem. Nawet przed chwilą, gdy zajrzałem w poszukiwaniu cytatu, ciarki przechodziły mi po plecach.]

Nietzsche: „Bóg umarł.” (10 znaków). O jakie zwięzłe, może Eryk Mistewicz ma rację? Niestety, żeby poznać pierwotny kontekst tego oświadczenia, trzeba sięgnąć nawet nie do jednego, a do kilku dzieł Nietzschego, a wszędzie „Bóg umarł” jest częścią szerszej wypowiedzi. No, a żeby tezę o śmierci Boga zrozumieć, to trzeba się naprawdę sporo naczytać.

Cyceron: „O, czasy! O, obyczaje!” (22 znaki). Ale „Mowy przeciwko Katylinie” zdecydowanie dłuższe.

Martin Luther King: „Miałem sen, iż pewnego dnia ten naród powstanie, aby żyć wedle prawdziwego znaczenia swego credo: „uważamy za prawdę oczywistą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”.  (173 znaki, w oryginale 171). Zdanie może i mieści się w 140 znakach, ale…. oh, wait!

Dobrze się bawię, szukając tych cytatów, ale wróćmy do Twittera.

Nie ma sensu zachwalanie tego narzędzia kosztem ignorowania jego ograniczeń. Więcej szkody niż pożytku z takiego gloryfikowania, w miejsce trzeźwej oceny.

A jeśli chcecie przeczytać sensowną refleksję na temat tego, do czego Twitter się nadaje, a do czego nie, zajrzyjcie na przykład do tego wpisu Alka Tarkowskiego. Tam przynajmniej znajdziecie punkt zaczepienia do rzeczowej dyskusji.

 

  • Z tego co piszesz, wynika, że mamy tutaj do czynienia z klasycznym przykładem fetyszyzowania medium. Nie ważne „co”, ważne, że na „Twitterze”. Lapidarna lekkość stylu jest oczywiście w cenie. Ale twierdzenie, że 140 znaków wystarczy na debatę, jest niepoważne. Autora książki nie posądzam o brak powagi, lecz o brak dystansu do promowanego przez siebie medium.
    Co więcej, ja bardzo cenię Twittera, ale nie za możliwość debat i dyskusji – ograniczonych do 140 znaków. Bo do tego się po prostu nie nadaje. A twierdzenie, że „Wszystkie najważniejsze zdania, sentencje, zasady, normy, mieszczą się w 140 znakach” jest po prostu populistyczne. Może i jedno zdanie mieści się w 100 znakach (niekiedy). Ale bez kontekstu jest nieinterpretowalne. A kontekstu Twitter nie zawiera. Może jedynie do niego odesłać.

    • Zgadzam się. U autora to pewnie wynik braku dystansu, o którym piszesz. Książka jest adresowana przede wszystkim do tych, którzy nie używają jeszcze Twittera. Ale tym bardziej nie ma co obiecywać im więcej, niż tam znajdą. A przecież i tak znajdą wiele. Też sobie cenię Twittera przecież, to wiem:)

      • Alek Tarkowski

        A ja myślę, że Eryk Mistewicz dystans ma, tylko po prostu forsuje tezę. W ustawie o prawie autorskim jest taki dziwaczny moment, gdy prawo cytatu może być uzasadnione „prawami gatunku twórczości”. I myślę że gatunek twórczości i grupa docelowa tej książki wymaga takich tez.

        Mnie interesuje coś innego – nawet jeśli 140 znaków spłyca, to co poradzić na to, że wielu ludzi nie przeczyta dużo więcej? Np. jestem pewien, że są dane pokazujące, że powyżej jakiejś liczby znaków wpisy na Facebooku przestają być czytane. I nie wiem czy (niestety) Sławku nie mylisz się pisząc, że żeby zrozumieć „Bóg umarł” trzeba przeczytać kilka książek. Myślę że obracamy się w kręgu streszczeń, przejrzanych lektur, tematów znanych hasłowo, itd. Fajnie to zdiagnozował Mirek FIliciak w wywiadzie w ostatnim dodatku psychologicznym do „Polityki”, brzmiało to trochę jak wyznanie winy (pod którym większość z nas by się pewnie podpisała).

        • Pewnie tak, nie posądzam go przecież o daleko idącą naiwność. Może to też trochę kwestia stylu, bo np. w następnym zdaniu tego rozdziału pisze „Twitter jest syntezą świata.”:)

          Co poradzić na to, że wielu ludzi nie przeczyta dużo więcej? Wszyscy szukamy odpowiedzi. Z tym Nietzschem to mnie poniosło pewnie, bo sam nadal nie do końca rozumiem, co miał na myśli:) A tak poważnie, rzeczywiście, nie wiadomo na przykład, czy profil Polecam poczytać Schopenhauera na fb w jakikolwiek sposób popularyzuje myśl filozofia i czy ktoś sięgnął po jego tekst ,zaintrygowany którymś z wrzuconych cytatów.

          Podobnie jak nie wiemy ile osób zatrzymuje się na rzuceniu okiem na tweeta, ile klika w podany link, a ile czyta podany w linku tekst do końca. Ale te rzeczy właściwie można próbować badać.

  • W moim przekonaniu na Twitterze można dyskutować, ale zdecydowanie taka forma dialogu nie wyczerpie nam tematu. Nie każdy argument uda się zawrzeć w 140 znakach, trzeba skracać, ciąć, czasem może i spłycać myśl.
    Z pewnością zaś może to być dobry, a nawet świetny, początek dyskusji, która rozwinie się już gdzie indziej. A kto już do niej dołączy, kto przeczyta polemikę tego z tamtym czy tamtą, to już inna historia. I jasne – będzie mnóstwo osób, które nie zajrzą do takiego tekstu, tylko dlatego, że będzie on za długi. Ale czy rozwiązaniem takiego problemu jest Twitter? Chyba jednak nie…

    • Zgadzam się. Twitter ma swoje zalety, ma i ograniczenia. W książce Mistewicza razi mnie, jak to zostało określone wyżej w jednym z komentarzy, „fetyszyzowanie medium”.

  • Nowa jakość ultra krótkich form literackich jest dla mnie odkryciem. Ekspresja słowem. Esencja myśli uwodzi i wciąga, pobudzając wyobraźnię. „Włączył” mi się slogan: pisz mniej, myśl więcej!

    http://magdallenamagazine.blogspot.com/2014/06/literacki-swiergot.html