Trendbook kultura jako trend – część pierwsza

Kilka dni temu Andrzej Tucholski opublikował Trendbook Kultura 2013, który w zamyśle autora „nazywa trzy główne trendy w kulturze oraz przewiduje ogólny rozwój poszczególnych jej dziedzin.” Gdy czytam publikację i wracam do blogu Andrzeja Tucholskiego jestKultura coraz wyraźniej dostrzegam, że zarówno trendbook jak i blog same są przejawami trendu – ważnego dla instytucji kultury.

Nowi odbiorcy u bram

Dokładniej, nie tyle przejawami, co świadectwem nadejścia nowego typu publiczności, która wypływa na fali różnorakich trendów i majaczy na horyzoncie instytucji kultury. Nawet więcej, coraz częściej puka do bram teatrów, galerii, oper i filharmonii.

To nie jest odbiorca, który ma nabożny stosunek do dziedziny sztuki, której jesteście oddani. Prawdopodobnie nie poświęci jej tyle uwagi, ile byście chcieli. Tym co może zaoferować Wasza instytucja jest kolejne wrażenie do kolekcji, bo mowa o kolekcjonerach wrażeń, unikatowych przeżyć.

Dlatego z recenzji spektaklu Piotra Cieplaka dowiecie się, że „To jest Prawdziwy Teatr. (…). Jeśli więc masz ochotę na łyk czegoś naprawdę dziwnego (w pozytywnym sensie), ale też i dostępnego jedynie na drewnianych deskach – szczerze polecam.” Nie oznacza to, że nowy odbiorca zwiąże się z Wami na dłużej. „Zwykłych dialogów w sztuce jest dosłownie kilka, więc trzeba cały czas się skupiać, aby zrozumieć o czym właściwie mowa.” Deklaracji  „Lubię teatry.” towarzyszy wyznanie „Nie chodzę do nich za często, bo koncepcja planowania wyjścia z wyprzedzeniem dłuższym niż dwa dni zupełnie do mnie nie przemawia.”

Sztuka wysoka staje się czymś, czego można (ale nie trzeba) spróbować. „Miałem pewne opory, czy faktycznie wybrać się na balet. (…) Najprawdopodobniej wynikało to z mojej niewiedzy, nie przeczę, miałem jednakże kilka innych pomysłów na wieczór (w teorii ciekawszych niż oglądanie grupki radośnie podskakujących postaci). No, ale że nie ma rozwoju bez wychodzenia z własnej strefy komfortu, postanowiłem się przełamać i spróbować.”

W świecie nowego odbiorcy wszystko jest wymieszane. To wszystkożerca, o którym pisze Bauman przywołując Petersena (ależ ja się pogrążam, przepraszam, ale nie udało mi się uniknąć tego Baumana). To nie jest wszystkożerność polegająca na poszerzaniu kanonu o kulturę popularną (co opisywała koncepcja Petersena). Dla naszego odbiorcy popkultura jest pierwszym wyborem, a kultura wysoka dodatkiem. Oferta instytucji kultury nie zalicza się do głównych dań, to raczej przystawki, a może nawet przyprawy.

Wszystko jest wymieszane w zaskakujący dla nie-nowego odbiorcy kultury sposób. Czytelnik jestKultura płynnie przechodzi od lektury notki Płatki Sakury Wiatrem Niesione (z której dowie się, że „Zachód zapomniał bowiem, że prawdziwa (aż powtórzę: prawdziwa) radość bierze się jedynie ze zgody, akceptacji i spokoju (czego dowodzą wszystkie sensowne filozofie w historii – od Zenona z Kition, przez Maslowa, po Zen), nie zaś ze spontaniczności lub ciągłych zmian.”), przez recenzje filmów, relacje z podróży, zestawienia muzyki, analizy trendów marketingowych, po… poradnik dla początkujących biegaczy (długie zdanie wyszło, przepraszam po raz drugi).

Nowego odbiorcę dobrze opisują założenia, które Andrzej Tucholski przyjmuje pisząc jestKultura:

„- Każdy z nas jest od czasu do czasu twórcą, nawet jeśli o tym nie wie

– Interesujemy się setkami rzeczy + nie mamy czasu i uwagi nawet na połowę

– Kultura ma się świetnie i można się z tej okazji jedynie cieszyć.”

Kultura to „wartość w życiu, niezbędna składowa codzienności, ale bez zbędnej spiny, martyrologii lub awantur.” (…) Kultura i lifestyle to jedno i to samo.”

Tradycyjnie instytucje kultury nie spodziewają się takiej publiczności. Pozbawionej onieśmielenia, gotowej by ją zaintrygować. Pod warunkiem, że się naprawdę postaramy. Zrozumienie tej publiczności może nie być łatwe. Choćby dlatego, że postrzegamy kulturę, którą się zajmujemy, inaczej niż kolekcjonerzy wrażeń.

Tacy są nowi odbiorcy i, jakby powiedzieli, deal with it. Chcecie ich lepiej poznać – czytajcie jestKultura.

 

  • Celne spostrzeżenie. Odbiorcy zmienili się strasznie i – szczerze mówiąc – wyciąga się od nas pieniądze łatwiej niż kiedykolwiek :) Trzeba tylko znać wędki i haczyki.

    M.in. chciałem bardzo pójść ze znajomymi na pewną warszawską sztukę. Tylko że nie było kupowania biletów przez Internet. Do dzisiaj nie mieliśmy „jak” się zebrać i załatwić to telefonicznie lub fizycznie. Jasne – to oznaka lenistwa. Tylko że moje lenistwo w tej gestii mi nie przeszkadza. Brak sprzedanych 6 biletów teatrowi powinien przeszkadzać bardzo.

  • Sławomir Czarnecki

    Dziękuję. Z tym pieniędzmi to pocieszające:) Co do sprzedaży przez internet w teatrach, miałem wrażenie, że to stopniowo wchodzi jako standard. Chyba, że akurat ten teatr jest tak oblegany, że nie widzi (jeszcze) potrzeby wprowadzania tej formy sprzedaży/rezerwacji. A lenistwo – przywilej klienta. Chociaż przełożenie relacji klient-firma na widz-teatr ma swoje granice. Znam sytuacje w których ludzie w trakcie spektaklu odbierali telefony, wychodzili (rozpoczynając rozmowę na sali) do foyer, po czym wracali na spektakl. Na uwagi obsługi widowni odpowiadali, że przecież zapłacili, są klientami, a aktor ma grać.

  • Uu, to nie, takich radosnych przeszkadzaczy to się powinno usuwać. W moim przypadku jedną z przyjemniejszych części wyjścia na „wyższą” kulturę jest właśnie to poczucie, że to teatr, że należy się ładniej ubrać itp :)

  • Pingback: Kultura kopiowania | Qrkoko.pl()